środa, 21 stycznia 2015

Survival

Przetrwałam wyjazd służbowy na konferencję zagraniczną. Wyjazd składał się z dwóch przelotów (darmowe pierwsze piwo/wino/szampan), trzech wieczorów integracyjnych (darmowe i nieskończone wino i piwo) i last but not least przeklętego minibarku na przeciwko łóżka w pokoju jednoosobowym. Ponadto odwiedzając muzeum narodowe i fotograficzne kraju docelowego, trafiłam kolejno i przypadkowo na dwa wernisaże z darmowym i nieskończonym alkoholem (wyjątkowo podła metafizyczna zagrywka). Do kraju zamieszkania dotarłam cało i trzeźwo. Udało mi się przeżyć jeden lekki dzień, co wywołało zaniepokojenie i lęk przed nawrotem, gdyż podług literatury tematu oraz teorii oporu prawdziwa zmiana ma boleć, szczególnie przez pierwsze 3 miesiące. Jutro mam do przetrwania przyjęcie noworoczne, pojutrze własne urodziny, w sobotę sobotę, w niedzielę niedzielę, a w poniedziałek poniedziałek.

Ktoś bardzo trafnie porównał zdrowienie alkoholika do wspinania się po schodach ruchomych jadących w dół. Z chwilą zatrzymania się w swej wspinaczce, alkoholik natychmiast zaczyna zjeżdżać w dół.*

Młyny sprawiedliwości mielą powoli. Trzeźwość to nadal kara. Niepicie to wciąż przede wszystkim zaprzeczenie. Jedyna konstytucja i legitymacja. Wciąż ubokurwolewam nad swym losem, czego się bardzo wstydzę. Na spotkaniu AA dowiedziałam się, że po pierwszym roku jest trochę łatwiej.

(43 dni)

* Woydyłło, E., (1999), Zgoda na siebie. Psycholog o uzależnieniach

niedziela, 11 stycznia 2015

Przednówek


Nie łudzę się już, że uda mi się wypić jedną setkę. Wiem, że jestem bokserem wagi muszej a alkohol, bokser wagi ciężkiej, na pewno da mi po ryju, gdy tylko wejdę na ring*. Marzę o tym, żeby dostać po ryju, o jednej małej trzy-, czterodniowej przegranej: najpierw upić się (upierdolić) małymi seteczkami kolorowych wódek (chełpczywie w parku za supermarketem na ławeczce przy stawie, każdą setkę przepalając setką routów 66), następnie pić co i z kim popadnie, obudzić się gdzieś i wypić najsmaczniejsze na świecie piwo na kaca (świat lekuchno jaśnieje), zorganizować whisky w szklankach do whisky...

Czasami gdy tęsknota i ból rozstania lżeją, zdarzają się momenty kruchego rozluźnienia i wdzięczności. Ale nawet i te chwile błogości potrafią przeobrazić się w coś demonicznego. Chciałabym wtedy zaszydełkować cały świat, obejrzeć wszystkie seriale naraz, upić się jogą, przebiec wszystkie kilometry, wszystko kupić albo wszystko zjeść. Upierdolić się pierwszym lepszym zachowaniem kompulsywnym. 

Jestem potwornie zmęczona tą ciągłą czujnością. Każda myśl jest niebezpieczna, każda decyzja podejrzana, diabeł czai się za każdym rogiem. Czuję się jak bohater paradoksu kłamcy, który twierdząc, że kłamie, mówi prawdę, bo kłamie. Uczę się nowego metajęzyka, który pozwoli mi wyjść poza dychotomię trzeźwości i nietrzeźwości. Niejako na przekór sobie, trzymam się. Walczę mieczem wiary w fakt, że jestem czymś więcej niż własnym umysłem, który jest moim największym wrogiem. 

Tak mi dopomóż duch.

(33 dni)


* Osiatyński, W. (2003), Rehab

wtorek, 30 grudnia 2014

Myjnia umysłu


Jestem na warsztatach jogi w miejscu zwanym "Oczyszczalnią" z dala od sklepów, bankomatów, barów i wszelkiego pokuszenia. Do najbliższej stacji kolejowej są 3 km, do Warszawy - 40km. Zostałam umieszczona w pokoju o nazwie „Pokora“, udekorowanym fototapetami obrazów C. D. Friedricha. Przygwożdżona tą nominacją (liczyłam na "Nadzieję" albo "Wiarę", ale najwyraźniej jeszcze nie czas) unikam wszelkiego eksponowania mego jestestwa, w szczególności zaś wobec pozostałych, dobijająco normalnych, a jednocześnie inspirująco zdrowych i pogodnych (jak skrzynka rumianych, pachnących jabłek), uczestników warsztatów. Koncentruję się na ćwiczeniach i medytacjach, w wolnym czasie szwendam się po okolicznych wertepach. Posiłki są wegetariańskie. Do alkoholu dostępu brak. Czuję się więc bezpiecznie, jak w psychiatryku.

Fenomenu jogi nie rozumiem. Zarówno literatura tematu jak i praktykujący posługują się niejasną dla mnie wciąż pojęciowością z zakresu duchowości, której notabene teraz poszukuję, więc staram się nie demotywować wybitną mętnością dyskursu i nie folgować swoim racjonalizatorskim zapędom. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że joga jest w jakimś sensie odwrotnością pragmatycznego podejścia do życia, że nie chodzi o uzyskanie konkretnych efektów, lecz o jej praktykowanie jako takie. Ukoronowaniem jogi jest ponoć medytacja, która mnie w tym wszystkim najbardziej jara. Podobno regularna praktyka jogi ułatwia koncentrację podczas medytacji. Analogicznie do mycia zębów, medytacja ma być myciem umysłu z myśli. Nie bardzo rozumiem, czym jest taki oczyszczony niesplamiony świadomością i nieświadomością umysł, ani tego, jaką w tym wszystkim rolę pełni ciało, które przecież ewidentnie mam i które zdaje się być bardzo ważnym, a może nawet kluczowym elementem całej tej koncepcji. 

Póki co zaznałam faktu bardzo wyraźnego istnienia swojego ciała. Nie tyle doszłam do wniosku, że istnieję, ile raczej po prostu istniałam (jak pusta rura, przez którą przepływa powietrze), co było dla mnie doświadczeniem nowym i zaskakującym. No i po zajęciach kompletnie nie wchodzą mi fajki. Nie mogę się zaciągnąć. Ciało ich nie chce. 

(21 dni)




sobota, 27 grudnia 2014

Analogowe dni

Jakiś czas temu, zamiast polecieć na urlop do Maroka, zdarzyło mi się trafić na detoks. Decyzja o detoksie powzięta została świadomie i dobrowolnie po konsultacji z psychologiem z poradni uzależnień, który uznał, że z moim wzorcem konsumpcji środków odurzających oraz w kontekście dziesięciu dni wolnego, mogę po prostu nie przeżyć mojego kolejnego urlopociągu. W konsekwencji powyższej decyzji, zainicjowałam w ramach tzw. "ostatniego razu" intensywną intoksykację rozmaitych środków psychoaktywnych w towarzystwie lokalnego elementu aspołecznego, w następstwie której tym bardziej trafiłam na detoks.

Na zamkniętym oddziale psychiatrycznym pozbawiono mnie telefonów, pieniędzy, przedmiotów ostrych, szklanych i potencjalnie niebezpiecznych, zakazano opuszczania oddziału. Po kilkudziesięciogodzinnym zejściokacu aktywnie włączyłam się w życie codzienne oddziału: uprawiałam poranny sport, uszyłam kotka i wypchałam go watą, wyplotłam wiklinowy koszyk na owoce, dzielnie łykałam lorazepam i haloperidol, a następnie doksepinę, spożywałam trzy pełnowartościowe posiłki i cztery przysługujące mi kawy dziennie, z rozbryzgiem wyrzygiwałam się psychiatrom i psychologom.

Główne życie oddziału tętniło w palarni. Tu milczeliśmy i burzliwie dyskutowaliśmy o naszych równoległych losach, usiłowaliśmy nadawać znaczenie rzeczom, które są go pozbawione, a w chwilach wzburzenia piliśmy papierosy. W palarni dowiedziałam się, że nie da się odkupić raz sprzedanej diabłu duszy, a pokuta zasadniczo jest cięższa od winy. Poznałam alkoholików, którzy zapili po sześciu latach abstynencji oraz takich, którzy w ostatniej dekadzie byli na detoksie 30-40 razy, a opuszczając szpital, kupują pierwsze piwo w pobliskim kebabie i piją tak, że po jakimś czasie los ponownie wypluwa ich na odtruciu. Bardziej doświadczeni stażem pouczyli mnie, detoksową dziewicę, że na pewnym etapie picia człowiek staje się stałym bywalcem tej palarni. Podobno każdy następny detoks jest trudniejszy od poprzedniego. Podobno nawrót wkalkulowany jest w przebieg leczenia.

W dniu, w którym opuszczałam oddział, modliłam się po raz pierwszy od jakichś 15 lat. O to, żeby bóg (o którym wystarczy wiedzieć tylko tyle, że my nim nie jesteśmy) trzymał za mnie kciuki. Na oddziale zdałam sobie sprawę z rozmiaru zniszczeń i zakłamania, w jakim żyłam przez ostatnie kilkanaście(!) lat, nie mając pojęcia, że mam problem z alkoholem.  Nigdy mi nie przyszło do głowy, że moje depresje i myśli samobójcze są wynikiem kilkunastodniowych, -tygodniowych ciągów, a nie ich przyczyną.

Chciałabym, żeby ta historia miała jakiś epilog lub klamrę. Chciałabym ją oznaczyć, zarchiwizować, zamknąć, przekształcić interwał w akord, układ horyzontalny w pionowy, kolejność w równoczesność. Skondensować ten piciorys do małej puszki Pandory, obrzydzić go sobie, czerpać z niego motywację do trzeźwości. Niestety tak nie jest, a historia trwa. Po kilkudniowej euforii na cześć odzyskanego życia, wyzwolenia w prawdzie i przebłysku wiary w siłę wyższą, zrobiło mi niewygodnie, nudno, byle jak. Coś mi się chce. Czegoś mi brakuje. Wspominam z rozrzewnieniem kojące stany upojenia. Śnią mi się pachnące koniakiem torty mojej babci, hotelowe minibary i wagony restauracyjne oraz jedno zimne piwo na ławce w parku w słoneczny dzień pod koniec lata...

Konkluzji brak. Muszę to przetrzymać. Na ciepłym, regularnym oddziale, bez pokus, telefonów i pieniędzy było dużo łatwiej. Dziś mój 18. dzień trzeźwości, z czego 4. poza oddziałem.


Grégoire A. Meyer's

wtorek, 25 listopada 2014

Styczność

"Jak pogodzić głębię pijanej duszy z płycizną pijanego ciała?" (Pilch)

niedziela, 23 listopada 2014

Uferlosigkeit

***

11 października 2014, w dniu, w którym Polacy odnieśli historyczne piłkarskie zwycięstwo nad Niemcami, po serii kryminogennych  i niebezpiecznych wydarzeń, postanowiłam przestać pić. Nastąpiło tak zwane Jutro.  Jutro trwało 24 h, z których przeżyłam, przecierpiałam każdą minutę i każdą sekundę. Uwierzyłam w Diabła i Anioła Stróża i chciałam nieść swój Krzyż.

Całe przedsięwzięcie spaliło na panewce, ponieważ postanowiłam, że nie chcę pić, a nie, że chcę być trzeźwa. Podobno w próbach trzeźwienia przechodzi się następujące etapy.

1. Nie chcę pić.
2. Chcę nie pić.
3. Nie muszę pić.

Przeszłam do etapu drugiego. Nie piłam jakieś trzy lub cztery dni. Przeszłam do jakieś kolejnego etapu zakłamania, w którym udaję, że kontroluję swoje picie. Nazywam to filozofią redukcji szkód.

***

Nienawidzę i boję się weekendów, dni wolnych i urlopów. W którymś momencie okazało się, że trzeźwa jestem między 7.00 a 16.45. Dziękuję sobie, za to że mam Pracę. W momencie, gdy przestaję pić, podział życia na Pracę i Resztę traci rację bytu. Rozpada się cały świat. Zauważyłam, że Inni Alkoholicy  raczej nie mają Pracy i dzielą świat na Sprawy Do Załatwienia i Resztę. Po trzeźwemu człowiek jest cały czas i nie ma ukojenia. Nie można wypić nawet jednego piwa, bo nigdy nie wiadomo jak to się skończy.  Jak mawiają Inni Alkoholicy "kieliszek za dużo, beczka za mało." Łatwiej się pracuje na kacu niż na głodzie. Jest strach. Gdy człowiek pije, to ma przynajmniej jakieś perspektywy: byle do 16, byle do weekendu i jest jakoś w stanie przeboleć tę trzeźwość. Natomiast na trzeźwo nie ma na co czekać. Kiedyś udało mi się wytrzymać dwa miesiące na trzeźwo. Teraz marzę choćby o tygodniu.

***

"Na początku był chaos. Chaos był dobry. A potem rozdzieliłem światło od ciemności." (zasłyszane)

***

"Gdyby nie myśl o samobójstwie, dawno bym się zabił" (Cioran). Doszłam do wniosku, że nigdy nie popełnię samobójstwa i że chcę żyć. Jestem tym przerażona.

***
(jedno piwo, jedna setka)

sobota, 4 października 2014

Drugi dzień w Rumunii

Drugi dzień nie nadszedł, bo pierwszy się nie skończył. Z siedmiodniowego pobytu około pięć dni i nocy spędziłam na piciu w lodówkowym minibarze tudzież schodzeniu do recepcji po kolejne piwo wino wódkę jazz. Posunęłam się nawet do zamawiania żarcia do pokoju. Czytałam sporo coraz bardziej mnie nudzącego Ciorana . Dwa dni szwędałam się po Bukareszcie, próbując zrozumieć ideologię Ceausescu. Kulturowa ignorancja osiągnęła stopień kulminacyjny: nie wiem, jak jest po rumuńsku dzień dobry, dziękuję, poproszę o papierosy i jeszcze jeden kieliszek wina. Poszłam na alternatywną wycieczkę po Bukareszcie (grafitti, urban myths, slow travelling), ale przewodnik nie przyszedł. Kulinarnych oświeceń brak: dużo grilla, mamałygi, klimaty kapuściane. Bardzo dobra śmietana. Sporo arabszczyzny. Rumunii nadal nie rozumiem. Zastanawiam się, czy w ogóle tam byłam.


Teraz jestem (?) w Dortmundzie na dworcu autobusowym. Z braku alternatyw, na kaca i celem uprzyjemnienia sobie czasu oczekiwania (jeszcze 4h) na kolejną porcję przemieszczenia, nabyłam dwie setki „Kleiner Feigling”, czyli „Małego Tchórza”, o sile mocy 20%. Bardzo lubię tę nazwę.

wtorek, 30 września 2014

Pierwszy dzień w Rumunii

Minibar w hotelu wyposażony jest suto i gościnnie. Jest czym pić, i czym leczyć kaca. W pokoju nie ma czujników i za błogosławieństwem recepcjonisty można bezstresowo palić. Sumując dotychczasowe miejsca odbyte i osoby spotkane, wszędzie jest wifi i wszyscy mówią po angielsku. Kraj na pierwszy (i następne) rzut oka nie da się do niczego zakwalifikować. Ani to Hiszpania, ani to Gruzja. Ciężko stwierdzić, na czym polega rumuńskość. Wg przewodnika poświęconego szokowi kulturowemu w związku z pobytem w tym kraju, z Rumunią kojarzą mi się wampiry, ciemne lasy Transylwanii i Ceausescu. W rzeczywistości z Rumunią kojarzą mi się statystyki migracyjne Rumunów i Bułgarów do Niemiec i Cyganie. Póki co brak punktów stycznych potwierdzających bądź negujących jakiekolwiek z ww sterotypów.

Miasto mego aktualnego pobytu ma charakter audio. W centrum jest bardzo dużo głośników. Leci z nich muzyka poważna, a w jej rytm tańczą podświetlone fontanny. Na ławeczkach siedzą ludzie i słuchają. Ciężko znaleźć wolne miejsce.

Przeżycia kulinarne: ze względu na nazwę i fakt, że to potrawa narodowo-popularna, jadłam mamałygę. Dupy nie urywa. Widziałam jednak, że większość obserwowanych tutejszych ją je. Poza tym bardzo dużo wieprzowiny.

Język jest wciąż jeszcze dla mnie nieuchwytny. Kojarzy mi się z hiszpańskim, bo miękko wymawia się tutaj c. Włoskie jakieś naloty. Myślałam, że będzie bardziej wschodnioeuropejsko, a jest właśnie po rumuńsku.

Cieszę się, że tu jestem. Czuję się wolna. Wspaniale jest być sobie gdziekolwiek i nie mieć nic wspólnego z samą sobą. 

Ciekawe, co przyniosą następne dni.

wtorek, 25 maja 2010

Reality...




...and the lack of alkohol.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

UBOCZNY SKUTEK

"Stwierdzono także przypadki wystąpienia orgazmu oraz nawet do kilku ziewnięć na minutę, nie połączonych z sennością."

Lubię to.

środa, 6 stycznia 2010

WY NIE WIECIE, JA WIEM, JAK ROZMAWIAC TRZEBA Z PSEM.

Ja liryczne ma ochotę powiedzieć, co o TYM wszystkim myśli. Rozpaczliwość i nędzę tego kroku potęguje, albo nawet logarytmuje, fakt, że może to uczynić tylko na jednym z wielu portali społecznościowych w osobie trzeciej, trybie wirtualnym i aspekcie niedokonanym. Bo jak wieść niesie: żyto szczury zjadły i piekarz też zginął.

środa, 2 września 2009

niedziela, 19 lipca 2009

JOLANTA KWAŚNIEWSKA PREZYDENTĄ

Gdyby wybory prezydenckie odbywały się teraz Jolanta Kwaśniewska w pierwszej turze dostałaby 23% głosów, a w drugiej 57% przeciwko Tuskowi.

"(...) sukces byłej Pierwszej Damy jest być może sygnałem, że radykalne zerwanie z patriarchalną tradycją polityczną jest już nie tylko marzeniem feministek, ale oczekiwaniem większości elektoratu. Bo Jolanta Kwaśniewska jest nie tylko kobietą, ale jest też - zwłaszcza jak na politykę - niebywale kobiecą kobietą. To nie jest Zyta Gilowska, wygrywająca z mężczyznami pojedynek na pięści, nie jest to nawet Hanna Gronkiewicz-Waltz czy Hanna Suchocka, które mogłyby dowodzić kompanią szturmową w akcji Pustynna Burza.
Jolanta Kwaśniewska jest osobą, która z zapałem opowiada, jak należy jeść bezę i jak pakować mężowi walizki, z najprawdziwszymi łzami mówi o losie chorych dzieci, szczerze się rozczula na widok biednego zwierzątka i rozbraja nawet takich bezdusznych oprawców, jakich zgromadzono w paliwowej komisji śledczej."

Jacek Żakowski, Gdzie dwóch się bije..., Polityka 29(2714)

Przy opisie prezydenckich kompetencji Jolanty Kwaśniewskiej roześmiałam się głośno i serdecznie na cały niemiecki pociąg, co było niestosowne.

niedziela, 12 lipca 2009

sobota, 27 czerwca 2009

PSYCHOLOG W WARZYWNIAKU

Psycholog idzie do warzywniaka:
Psycholog: Jest pietruszka?
Sprzedawca: Nie ma.
Psycholog: Hmmm.. Rozumiem.

sobota, 30 maja 2009

DOBREJ NOCY ROZBISURMANIONYM HULTAJOM

jedenasta minuta pięćdziesiąta druga sekunda ( i następne) w pierwszej części trzeciego koncertu Rachmaninowa brzmi tak jakby als ob bóg który nie istnieje tłumaczył mi że postąpiłam dobrze że popełniłam bolesny dobry uczynek ku chwale ludzkości że to się w eschatologicznym rozumieniu dobrze skończy

skutkiem ubocznym jest proces polegający na tym że moja niewiara w tak zwane życie pośmiertne samozwańczo uszczknęła (czy ten czasownik ma tryb niedokonany) sobie prawo do bardzo dobrowolnej interpretacji życia śmiertnego

sobota, 23 maja 2009

CZYM JEST POEZJA?

Oto interpretacja weimarska:

sobota, 16 maja 2009

PODOBNO 20% POLAKÓW

podobno 20% Polaków


nie rozumie tego co czyta


chuj z nimi


(P.Macierzyński)



piątek, 24 kwietnia 2009

niedziela, 19 kwietnia 2009

CO TAM MASZ, CZY TO PRYSZCZ?

Mniej więcej raz w roku następuje dzień, w którym tuż po obudzeniu stwierdzam, że w trybie natychmiastowym trzeba przeczytać "Mdłości". Dzień ten zazwyczaj poprzedza seria aktów potępienia za pomocą 40%-wych alkoholi, wzrost rozdzielczości doznań absurdalnych i drastyczny spadek jakości etosu, co też i tym razem miało miejsce. Jednocześnie odczuwam pewien niepokój naukowy pozwalając sobie na takie niezobowiązujące i zdecydowanie przyjemne czytanie Sartre'a. Pocieszam się tym, że to literatura, nie filozofia.

"Imbecyle. Odraża mnie to, gdy pomyślę, że znów zobaczę ich szerokie i spokojne twarze. Ustanawiają prawa, piszą ludowe powieści, żenią się i popełniają krańcowe głupstwo robienia dzieci. (...) Gdyby nagle coś się stało? Gdyby nagle zaczęła [natura] drgać? Wtedy dostrzegliby, ze jest obecna i poczuliby skurcz serca. Na cóż więc zdałyby się im tamy i wały, elektrownie i wielkie piece, i młoty mechaniczne? Może się to zdarzyc kiedykolwiek, może zaraz: są przecież znaki. Na przykład ojciec rodziny podczas przechadzki ujrzy, jak poprzez ulicę zbliża się ku niemy czerwony łachman jakby niesiony przez wiatr. A kiedy łachman będzie już blisko, ujrzy, że jest to połec zgniłego mięsa, powalany pyłem, który wlecze się czołgając, podskakując, kawaełk umęczonego ciała toczącego się przez rynsztoki, wyrzucający w skurczach fontanny krwi. Lub też jakaś matka spojrzy na policzek dziecka i zapyta: >>Co tam masz, czy to pryszcz?<<, i zobaczy, jak skóra trochę się nadyma, trochę zapada, otwiera, a w głębi otworu ukazuje się trzecie oko, oko prześmiewne, lub też poczują na całym ciele miękkie łaskotanie, jak pieszczoty trzcin w rzekach, gdy ocierają się o płynących. I zobaczą, że ubrania stały się żywymi rzeczami. A ktoś inny odkryje, że coś drapie go w ustach. Stanie więc przed lustrem, otworzy usta: a jego język okaże się ogromną ... (...). Albo też nie wydarzy się nic podobnego, nie zajdzie żadna widoczna zmiana, jedynie rankiem, kiedy ludzie będą otwierac okiennice, zaskoczy ich okropne jakieś znaczenie, ciężko spoczywajace na rzeczach i zdające się oczekiwac. Tylko tyle: ale wystarczy, że to potrwa przez jakiś czas, a już będą setki samobójstw...Tak, tak! Niechby się trochę odmieniło, byłoby świetnie przekonac się, jak to będzie. Można będzie dostrzec innych nagle pogrążonych w samotności. Ludzie samotni, całkowicie samotni, z okropnymi zniekształceniami pobiegną przez ulice, przejdą ciężko przede mną, z nieruchomym spojrzeniem, uciekając przed swymi bólami i unosząc je ze sobą, z otwartymi ustami, z językiem-owadem trzepoczącym skrzydłami. Wybuchnę wtedy śmiechem, nawet jeśli ciało pokryją mi podejrzane wstrętne słupy rozwijające się w cielesne kwiaty, fiołki, jaskry. Oparty o ścianę będę im krzyczał w twarz: >>Co zrobiliście z waszą nauką? Co uczyniliście z waszym humanizmem? Gdzie jest wasza godnośc myślącej trzciny?<<" ( Sartre, Mdłości, Kraków, 2005, s. 182-183)


( W swoim - młodzieńczym - czasie teksty takowe prowokowały mnie do przeżywania quasiegzystencjalnych katuszy. Teraz czytam to i: czy to nie jest dobry scenariusz na film o Jamesie Bondzie, przy czym Bond zostałby zabity na sposób błahy i banalny w pierwszych 10 minutach filmu? A gdyby tak scenie, w której pojawia się jakieś okropne znaczenie, towarzyszyła muzyka Einstürzende Neubauten, np. Ende Neu?)

Dopisane później: a propo's doznan absurdalnych: jakimś cudem udało mi się spuścic dziś w kiblu wszystkie sztucce. Chcialam je umywac w zlewie i się zamyśliłam. Dlaczego?